sobota, 29 marzec 2014

„R.U.T.A.” na 15 Przeglądzie Filmowym Kino na Granicy w Cieszynie.

Opublikowano w Mikser
/

Karolina Kania: Bardzo serdecznie witam Was w Cieszynie, w czasie 15. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. I takie pierwsze pytanie – który to raz w Cieszynie, czy pierwszy, czy może już może kiedyś tu byliście?
Robert Matera: Jeśli chodzi o sam Przegląd, to jest to nasz pierwszy występ. Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni, przynajmniej ja, że jest to impreza zrobiona z takim rozmachem. Jadąc tutaj sądziłem, że jedziemy po prostu na koncert, a tu się okazuje, że koncert jest jednym ze stu zdarzeń, które w ciągu tych czterech, czy pięciu dni mają miejsce.
Maciek Szajkowski: Mało, że jednym ze stu, to jeszcze z tych najmniej znaczących bym powiedział. Jesteśmy sami doprowadzeni do granicy nerwowej wytrzymałości (śmiech), ze względu na długą podróż i również intensywne zdarzenia, których tutaj jesteśmy uczestnikami. Bo chcielibyśmy być w kilku miejscach naraz i nie możemy się rozdwoić niestety, co najwyżej rozstroić, ale to już na scenie.
Kamil Rogiński: Wszyscy zaliczyliśmy jak tu przyjechaliśmy fenomen déjà vu. Wydaje nam się, że byliśmy już tutaj kiedyś w poprzednim wcieleniu, albo może poprzednim razem z jakimś innym zespołem. Możliwe, że byliśmy, ale nie jesteśmy do końca tego pewni.
MS: Ja jestem pewny, że po prostu Cieszyn jest miejscem zjawiskowym, cudownym. Czasem nawet zastanawiam się, czym Polska zasłużyła sobie na Cieszyn (śmiech). To jedno z najpiękniejszych miejsc pod słońcem i jeśli miałbym kiedykolwiek gdzieś emigrować, to właśnie do Cieszyna. Zresztą chyba już właściwie to się stało, ja już stąd nie wyjadę (śmiech).
 

KK: Czym jest R.U.T.A. i skąd wziął się pomysł na taki projekt?
KR: Z ciekawości, przekory i niezgody na niektóre rzeczy, sytuacje, które obserwujemy. Dlatego mówimy wyraźne nie, podnosimy pięść, jednocześnie przywołując nieznane pieśni i historie.
MS: Ja bym dodał, że jesteśmy również facetami po przejściach, nieraz burzliwych i to doprowadza nas do takich stanów, kiedy nie pozostaje nam nic innego jak uderzyć pięścią w stół.
RM: Ale poza tym jest też pewna idea, która stanęła na samym początku pomysłu na zespół, że tacy buntownicy byli też wcześniej i mieli po prostu inne życie, inny świat, inną muzykę, inne teksty, które jednakowoż przetrwały do dziś. Właśnie na tych ludowych tekstach, z przestrzeni ostatnich czterystu lat, oparta była idea pierwszej płyty formacji R.U.T.A..
MS: Buntownicy ci mieli inne życie, ale mieli podobne marzenia. Myślę, że takim najważniejszym było uwielbienie wolności. Coś, co nasi przodkowie jednak wywalczyli. O to nie musimy się starać w takim wymiarze podstawowym, to rzeczywiście udało się wypracować. Aczkolwiek zauważamy kwestie nie do końca eksponowane i są to często tematy bardzo zmieniające naszą optykę jak i postrzeganie historii Polski. Myślę sobie, że odkrycie tych dawnych pieśni buntu, było sporym szokiem dla wszystkich. Ich przywrócenie, przywołanie z zaświatów, z zapomnienia, gdzieś zupełnie z niebytu, to była praca, która dała nam niesłychanie dużo satysfakcji jak i nauki. Myślę również, że praca ta pokazała dobitnie to, co winniśmy powtarzać przy każdej okazji – że o tę wolność powinniśmy upominać się każdego dnia. Wolność nie była ani nie jest nam dana raz na zawsze. Gros naszego społeczeństwa było zwyczajnie zniewolone i tutaj funkcjonowała taka dychotomia na naród dzielący się na panów i chamów, na mniejszość, oligarchów, władców i na ich niewolników...

KK: Wasza muzyka jest inspirowana tradycjami chłopskimi, nie tylko z Polski, ale także z Ukrainy, Białorusi, Rosji. Skąd w ogóle pomysł, poza dążeniem do wolności, o czym wspominaliście, dlaczego właśnie taka tematyka? Skąd czerpaliście teksty?
MS: Pomysł wziął się z lektury dawnych ksiąg i podań. Ale przede wszystkim z kontaktu z pieśniami ludowymi. To w nich wybrzmiewała taka tęsknota i nuta umiłowania wolności. Nas to zastanawiało na początku lat 90., kiedy robiliśmy pierwsze badania, że tak dużo tekstów poświęconych jest niedoli, opowiada o pragnieniu swobody, wolności. Studiowaliśmy Kolberga, wyjeżdżaliśmy na wieś, byliśmy w każdym regionie od Podhala, przez Mazowsze, Kurpie, Podlasie, aż gdzieś do Kaszubów. W każdym regionie w sposób inny, ale wspólnie, wołano o tę wolność. Kiedy spotykaliśmy się z muzykami wiejskimi, to oni oczywiście opowiadali nam o pewnych obrzędach, tańcach, melodiach, o dawnych zwykach na weselach, na zabawach. Gdzieś tam na kanwie ich wspomnień pojawiało się nieraz takie zdanie, że hej kiedyś to za tego pana i tutaj leciała jakaś litania żali. Ale niekoniecznie, bo nieraz słyszeliśmy, że „dobry był pan”, „ludzki”. Ale ten pan był kimś w rodzaju półboga, jakiegoś władcy, który decydował o życiu i śmierci swoich podwładnych. Przy okazji dalszych badań i lektur odkryliśmy pieśni buntu. Rzeczywiście powstał wręcz zespół badawczy, z Mateuszem Dobrowolskim i Olgą Mędrzejewską, który przetrząsał biblioteki, archiwa i zbiory nagrań no i te odkrycia były wstrząsające. To było coś, co musieliśmy przetrawić przez długie miesiące, zapoznać się nie tylko z ich przesłaniem, ale też z warstwą muzyczną i zaznajomić na tyle, by podjąć decyzję, że możemy wreszcie zreinterpretować je w sposób taki, który my czujemy i jest nam najbliższy.
 

KK: Czyli tworzenie repertuaru było oparte o specjalistyczne badania etnograficzne. Co dały te kontakty z tymi ludźmi, z muzykami? Czy potem Wasz projekt dotarł do tych ludzi, z którymi poszukując tekstów, inspiracji, mieliście kontakt?
MS: Gros z tych pieśni nie funkcjonowało w takim wymiarze użytkowym. To nie były pieśni powszechne, pieśni śpiewane przy okazji różnych świąt, czy spotkań towarzyskich, a raczej, powiedzielibyśmy dziś, konspiracyjnych.
RM: W przypadku większości tych pieśni udało nam się dotrzeć do ich zapisów tekstowych bądź nagrań.
MS: W Polskiej Akademii Nauk zetknęliśmy się z bardzo ciekawym zbiorem pieśni uwiecznionych jeszcze w latach 50. i 60. Zetknęliśmy się również z interesującymi fonograficznymi dokumentami w Radiowym Centrum Kultury Ludowej w Polskim Radiu. Natomiast chcę powiedzieć jedną rzecz, o której nie wiedzieliśmy. Gros z tych pieśni, podobnie jak sama myśl o jakiejś reakcji, było zakazane. Te teksty po prostu funkcjonowały w swoistej niszy. To były pieśni mówiące o pewnym tabu, dlatego, że nie tylko w sferze obyczajowej mieliśmy tabu, ale także w tej podstawowej sferze wolnościowej. Nie wolno było tych pieśni śpiewać. Na przykład na Polesiu sama myśl o buncie była nicowana i istniał cały system kar, zresztą bardzo dobrze opisany, głównie w podręcznikach do ekonomii ziemiańskiej z XVII wieku, które nakładano podwładnym, za sam przejaw niesubordynacji. Do takich przewinień na przykład należało nie wykonanie prac w polu, odmowa zapłacenia dziesięciny, samowolne oddalenie się na jakiś czas z folwarku, zakup czegoś na kredyt bez pozwolenia, posiadanie jakiś dóbr, np. zapasów żywności bez wiedzy pana, krytyka dziedzica, plebana lub kogoś z dostojników, a nawet krzywe spojrzenie na przełożonego. I wiele innych. Równie często to było po prostu widzimisię, za które biedny chłop dostawał batami tylko dlatego, że jego pan był bezkarny i właściwie mógł z nim zrobić co chciał.
KR: Jeszcze ważna sprawa jest taka, że karą była nie tylko chłosta, ale też wieszanie na szubienicy, na przykład jeżeli chłop skłamał trzykrotnie.
MS: Tak, można było go w ramach prawa powiesić. Majątki ziemiańskie funkcjonowały w ramach pewnego systemu, dokładnie opisanego, gdzie był nadzorca prac polowych, tzw. karbowy, był ekonom i inni. Strażnicy nadzorowali pracę i egzekwowali kary. Co ciekawe, przy wielu dworach, to jest też udokumentowane, co prezentujemy na rycinach w książeczce do płyty, stały szubienice. Niekoniecznie dlatego, że wieszano na nich niepokornych włościan, ale dlatego, żeby odstraszać. To była bardzo wymowna sugestia. Co czeka was za niewykonanie pracy, za okazanie sprzeciwu. W Polsce wybuchy powstań chłopskich, czy jakieś rebelie, nawet zgromadzenia były bardzo rzadkie w porównaniu z Europą Zachodnią, nawet w porównaniu z Ukrainą. Doszło do kilku spektakularnych powstań, w tym Kostki-Napierskiego na Podhalu, no i niesławnego Jakuba Szeli, którym straszy się dzieci w szkołach. Upiór na pasku cesarza Austrii, który podburza chłopów. Skorumpowany i wyzuty z jakichkolwiek patriotycznych racji, dokonuje rebelii przeciwko polskim powstańcom i ruchowi niepodległościowemu. I robi to z nieprawdopodobnym bestialstwem. Myśmy zadali pytanie: dlaczego doszło do takiej bratobójczej rzezi? Dlaczego ci chłopi tak pięknie opisani chociażby w Panu Tadeuszu, że wiwat wszystkie stany, gdzie nam mówiono w szkołach, że wieś mlekiem i miodem płynąca, dlaczego oni obudzili w sobie takie bestie? Dlaczego panów cięli piłami na pół? No i okazało się, że było to wielopokoleniowe zniewolenie. Przez wieki rosnące niezadowolenie, gorycz, frustracja i to o czym pisał Wiesław Myśliwski – brak nadziei. Chłop rodził się jak maszyna i był pozbawiony od kolebki jednego z podstawowych imperatywów do życia – nadziei. Myśl o buncie była surowo karana. Tych powstań naprawdę było kilka, myśmy trochę ubrali to w takie szaty, że tutaj R.U.T.A., że te pieśni buntu, że to była pewna prawidłowość. Wcale nie. Natomiast jaka była najbardziej powszechna forma okazania niezadowolenia? Ucieczka. Chłopi najczęściej po prostu uciekali, co powodowało wymierne straty gospodarcze i przede wszystkim duże migracje. Z drugiej strony zdarzało się, że dla dworu był to znakomity powód do zabawy. Choć zwyrodniały i barbarzyński. Organizowano mianowicie polowanie na zbiega. Strzelby, konie, kawalerka i ruszano „w pogoń za biegunem”. Zdarzało się, że te „zabawy” gromadziły kilka dworów i trwały kilka dni. Kiedy delikwenta złapano poddawano go najsurowszym karom, często na trwale okaleczając. Stąd m.in. świadectwa z epoki, mówiące o wielu kalekach na polskich wsiach, pozbawionych oczu, uszu, kończyn… często były to ofiary zwyrodniałych zabaw szlachty. Bardzo często, już od wieku XVI uciekano na wschód. Tam nie tylko kusiły wielkie połaci żyznej ziemi, ale po prostu nie dosięgał tam bat administracyjny i trudniej było na tych ogromnych przestrzeniach chłopów trzymać w ryzach. Stąd między innymi znakomicie poruszali się tam Kozacy, których nie sposób było okiełznać i którzy nigdy nie pogodzili się z niewolą. Jeśli pomyślimy o pewnych wspólnych kwestiach historycznych, to dzisiaj również mamy do czynienia z ucieczką, wręcz masową emigracją młodych ludzi. Ona nie wynika tylko z opresji urzędniczej, światopoglądowej, policyjnej czy politycznej, dlatego, że mamy teoretycznie wolność i demokrację. Ale jeśli dwa miliony Polaków w ostatnich latach uciekło na Zachód, to jest to znamienny symptom. To coś nie mającego współcześnie w Europie precedensu. To jakby cała ludność kraju wielkości Łotwy zabrała dupę w troki. Także warto się czasem pochylić nad historią, żeby poznać pewne mechanizmy, które bywają powtarzalne.
KR: Trudno jest nam teraz to sobie wyobrazić, znamy np. historie niewolników z Afryki przewożonych do Ameryki, którzy pracowali w nieludzkich warunkach. W Polsce działo się dokładnie to samo i trudno jest nam sobie uzmysłowić, że polski pan swojego ziomka traktował w sposób taki sam jak plantator afrykańskiego niewolnika. A często i gorszy.
MS: No właśnie i to jest chyba najbardziej dramatyczne. Bo naszym zdaniem w dużej mierze doprowadziło to do upadku jednego z największych mocarstw jakim była Pierwsza Rzeczpospolita w ówczesnej Europie, dlatego, że tutaj oligarchowie, czy możnowładcy niewolili swoich braci, no i wydaje się to dziś zupełnie irracjonalne, kompletnie nieprawdopodobne. Berwiński pisał w wieku XIX, że szlachta traktowała chłopa „pobratymca, autochtona, za jeńca wojennego, a ziemię ojczystą (…) jak gdyby kraj najechany i podbity”. Jest gros świadectw i dokumentów, m.in. fenomenalna „Historia chłopów polskich” Aleksandra Świętochowskiego. Co ciekawe nie było to przez minione dekady, zwłaszcza po ‘89 r. przedmiotem jakiejś debaty, tematem dla szkół, naukowców, czy kanwą jakiegoś filmu. Tylko szabelki, pawie pióra, Bóg, honor, ojczyzna. Nieskromnie może to zabrzmi, ale myślę, że obudziliśmy pewną dyskusję. Jedni mogą się z tym zgadzać, inni nie. Jedni uważają, że ta polska historia dworkowo-szlachecka, stanowiąca fundament naszej kultury jest czymś świętym i absolutnie nie powinniśmy jej reinterpretować. Ale wielu ludzi zrozumiało, że naszym celem nie jest jakaś profanacja, czy obrażanie kogokolwiek, ale wskazanie na prawidła, mechanizmy i pewne procesy historyczne, jakie miały miejsce, abyśmy mogli lepiej zrozumieć historię, a przez to samych siebie. Czytamy np., że polska magnateria, a za nią szlachta stopniowo osłabiała pozycję króla, rywalizując o własne wpływy, zrywała sejmy (liberum veto), agitowała przeciw władcy, urządzając tumulty, rokosze, często wyrzekała się spraw ojczyzny, służąc prywatnym interesom, lub obcym potęgom, werbowała obce wojska, etc. Pozycja króla właściwie od końca XVI wieku była stopniowo podważana i słabła. Szlachta po części była taką kastą pasożytniczą, która żerując na słabej władzy wykonawczej, żądała permanentnie dla siebie nowych praw i przywilejów. Byli do tego stopnia pazerni, że robili to kosztem suwerenności ojczyzny. Nieraz gotowi byli ją zdradzić lub sprzedać. Oczywiście nie wszyscy, bo istnieli również tacy, którzy się temu sprzeciwiali. Problem polegał na tym, że nie ocalili ojczyzny od upadku i rozbiorów. Podobnie jak mówi się teraz przy okazji Dnia Flagi, Święta Konstytucji, o tym postulacie zniesienia pańszczyzny, który jakoby miała przynieść Konstytucja 3 maja. Problem w tym, że postulowano to jakieś 100 lat za późno. A pańszczyznę znieśli dopiero zaborcy.
 

KK: Fascynuje mnie to, że szukając materiału do płyty, muzyki, tak głęboko zagłębiliście się w kontekst historyczny, kulturowy przede wszystkim. Czy wiąże się to ze studiami, które ukończyliście?
MS: To była pasja. Człowiek ma jakieś hobby. Jedni lubią akwarystykę inni wędkarstwo. Każdy powinien mieć jakiegoś fioła. Nas interesuje, żeby w muzyce był jakiś przekaz. Dla mnie przekaz jest często ważniejszy niż sama muzyka. Gdzieś tam z fascynacji punk rockiem wynoszę słowo jako podstawowe i bardzo często zmieniające percepcję, świadomość a nawet ludzi i świat ogniwo, które uruchamia pewną ewolucję. Mam przyjemność między innymi współpracować z kolegą z Dezertera i Dezerter w ogromnej mierze wniósł wagę słowa i przekazów w muzyce polskiej. Wcześniej, z kilkoma małymi wyjątkami, śpiewało się o pierdołach. A tu nagle pojawia się w 81. roku zespół, wali jak cepem w komunę, w milicję, wojsko, w bananową młodzież, w reżimowe gwiazdy, podnosi pięść, upomina się o wolność i to są naprawdę poważne hasła. To jest naprawdę niesamowita koincydencja, że udało się do projektu R.U.T.A. zaprosić i Roberta, z zespołu Dezerter, i Pawła Gumolę z zespołu Moskwa, ale też i Ronina (Kamil Rogiński – przyp. red.), który od strony muzycznej wnosi tutaj niesamowicie dużo.

KK: Osoby biorące udział w projekcie R.U.T.A. są z wielu różnych zespołów. Jak był tworzony skład? Kto decydował o doborze i w jaki sposób byli znajdowani kolejni członkowie?
KR: Bardzo jesteśmy zadowoleni z Maćkiem z tego powodu, że pojawił się Robert, że pojawił się Paweł, dlatego, że nie byliśmy przekonani, że oni będą potrafili się wpasować do takiej liryki folkowej, i że zachowają owego pazura, którego prezentują w swoich zespołach rodzimych. Staraliśmy się ich przekonać i to nie trwało tak długo, to było kilka rozmów.
RM: Na początku było przede wszystkim zdziwienie, że forma jest odmienna od tego, czym się zajmowaliśmy. Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, to wręcz przeciwstawna. Bo tak jak punk rock polega na tym, że elektryczne gitary odkręca się do granic możliwości, wytwarza najwięcej hałasu za pomocą prądu, zdobyczy cywilizacji, tak tu pomysł był taki, żeby poprzez archaiczność tekstów odnieść się również do archaiczności brzmienia. Oprzeć instrumentarium na instrumentach akustycznych, brzmiących właśnie tak jak dawniej i wydobyciu energii z żywego grania, z gardła. To była zasadnicza różnica. Ta myśl, polegała na odnalezieniu wspólnego pierwiastka buntu, jako sposobu na odreagowanie rzeczywistości poprzez muzykę. Muzykę, która ciśnie ze wszystkich stron, tak w dawnych latach pańszczyzny w kraju, w którym kiedy punk rock się zaczynał, był jeszcze krajem komunistycznym, reżimowym, tak i później z kolei w kraju, który wpadł w pułapkę konsumpcjonizmu, pseudokapitalizmu, co też wytworzyło toksyczne warunki życia. Jakoś wszystko ułożyło się w logiczną całość i dało w rezultacie jakość, która jest czytelna współcześnie, ponieważ łączy elementy dawne i nowe w sposób harmonijny.
KR: Podstawowy pomysł, to było zbudowanie mocnej bazy muzycznej, podobnej do elektrycznych gitar i perkusji w muzyce rockowej, czyli trzeba było wygenerować brzmienia smyczkowe i strunowe z brzmieniami bębnów ludowych, po to, żeby wspólnie zabrzmiało to podobnie mocno. To jest wymagające, dlatego, że właśnie gitary z przesterami, tak jak Robert wspomina, jak się je porozkręca, piszczą, rzężą i trudno jest osiągnąć to na instrumentach z dawnych wieków. Ale udało się w oparciu o  archaiczne brzemienia, wydobyć ogień i pazura.
MS: Dziś w RUCIE oprócz nas, grają Aga "Sroka" Sroczyńska na fidelach renesansowych i skrzypcach, znana m.in. z kapeli Czessband, Michał "Szelma" Stawarz na barabanie, Konrad "Banita Madej" Rogiński na dęciakach. Na wokalach są Paweł "Guma" Gumola i Nasta "Apostazja Nahajkowiczówna" Niakrasava, znana m.in. z białoruskich kapel FolkRoll czy Kviecien. Dźwięk i nagrania realizują Mariusz "Activator" Dziurawiec czasem Robert Ochnio, akustyk Dezertera. Logistyką, bo trudno zebrać to towarzystwo, zajmuje się Igor Znyk, a działaniami okołomuzycznymi, Mateusz "Matacz Dewot" Dobrowolski. Grafikiem jest Paweł Sky, a driverką Ewa Chęć. Od powstania RUTY jesteśmy związani z wydawnictwem Karrot Kommando i bardzo to sobie chwalimy. Wracając do muzyki, można się zastanawiać dlaczego użyliśmy takiego zabiegu, dlaczego osadziliśmy dawne pieśni w akustycznym instrumentarium i opracowaniach hardcorowo-punkowych. Po rzetelnych studiach z tą materią uznaliśmy, że melodie z epoki nie oddadzą dzisiaj w pełni tych pieśni. Nagrania, z którymi się spotkaliśmy, głównie z Podhala, Małopolski, czy Galicji, często śpiewane były a capella. To było bardzo monumentalne, dostojne i piękne, ale wydawało się, że jeśli chcemy tym poruszyć, zainteresować naszych rówieśników i nas samych, powinniśmy do tego dopisać jakąś nową jakość, nowy wymiar, stworzyć nowe opracowanie i nadać temu jednak bardziej osobisty kontekst. Chcieliśmy przepuścić to przez filtr tego, czym my się pasjonujemy, czego słuchamy. Uważam, że absolutnie mieliśmy do tego prawo, bo nikt wcześniej tymi pieśniami nie był zainteresowany najkrócej mówiąc.
RM: Można powiedzieć, że funkcjonowały trochę na marginesie tej kultury ludowej, muzycznej, tak jak punk rock na marginesie mass medialnej, popowej muzyki.
MS: I tu jest sedno. Zadajemy sobie pytanie dlaczego wcześniej tym tematem nikt się zainteresował chociaż na tyle, żeby go rzetelnie opisać? Tego naprawdę nie było, albo jak na lekarstwo. Jest kilku autorów, którzy podjęli ten temat i to autorów z wieku XIX i połowy XX wieku. Więc uznaliśmy, że te pieśni powinny żyć, po prostu, że one powinny zaistnieć w  nowym wymiarze, w nowych czasach, które  pod wieloma względami, np. sprawowania władzy, przypominają minione epoki.
KR: Chodzi o to, żeby wykrzyczeć to, żeby to wyszło z trzewi, żeby po prostu pozbyć się tego paskudnego blichtru i lukru naszej przekłamywanej historii.
MS: Ale to działało, szczególnie mocno na wyobraźnię. Jeśli czytaliśmy tekst nie boję się pana ani jego mości, wezmę siekiereczkę porąbię w nim kości, no to wiadomo było, że nie zaśpiewamy tego na wzór ogniskowy, balladowy, albo szanty, pieśni pracy, że to musi być wykrzyczane. Zresztą jak później dotarliśmy do kolejnych nagrań, bo wielu naszych znajomych zaskakuje nas i z różnych stron Polski przysyłają bardzo ciekawe świadectwa na przykład lokalnych skarg, a nawet reakcji chłopskich, które miały miejsce w dawnych wiekach, to już kilkakrotnie spotkaliśmy się z tym, że te nasze opracowania w warstwie melodycznej uzupełniają się, czy istnieje jakieś pokrewieństwo z tymi z epoki. Mieliśmy satysfakcję, że aż tak bardzo nie odeszliśmy od pierwowzorów. A to, że nadaliśmy nową formę, nowe życie i nowe znaczenie pokazuje jak żywotna jest to materia, i jak te pieśni są znaczące, wymowne i ważne.
 

KK: Czyli jest taka potrzeba wracania do tej dawnej kultury. Projekt R.U.T.A. wypełnił pewną lukę w polskiej muzyce?
MS: Myślę, że w ogóle jest potrzeba wracania do historii i kultury. Ludzie mają naturalną potrzebę uczestniczenia i w koncertach, i tutaj w Cieszynie w projekcjach filmowych. Jakim ten festiwal cieszy się ogromnym zainteresowaniem! Myślę, że powoli zdajemy sobie sprawę, że kultura jest czymś organicznym, czymś jak tlen nam przypisanym, czymś bez czego nie możemy żyć. Owszem, mówi się, że najpierw trzeba zaspokoić głód cielesny, a dopiero potem duchowy, ale mi się wydaje, że ludzie coraz bardziej odczuwają ten głód duchowy. Ten powrót do kultury jest kwestią naturalną i dzieje się na wielu poziomach i w wielu wymiarach. Nawet niekoniecznie jest to powrót, ale wreszcie postawienie tej kultury w miejscu, w którym ona winna się znajdować. Upodmiotowienie jej, nadanie szczególnej rangi.
 

KK: Jakieś plany na przyszłość w ramach projektu R.U.T.A.? Co dalej?
KR: Nagrywamy nową płytę. Niedługo ukaże się nasza kooperacja Paprika Korps – R.U.T.A., pt. „400 lat”.
RM: Jest to rzecz nieco inna, niż poprzednie koncepcje, bo po pierwsze opiera się o teksty na nowo napisane, a po drugie jest płytą w zasadzie dwóch zespołów, które się spotykają. Dwóch osobnych tworów muzycznych, Papriki Korps znanej ze sceny reggae głównie oraz R.U.T.Y., z bardziej folkowych obszarów. Spotykamy się na płaszczyźnie, która jest trudna do określenia, ale nie jest to połowa drogi między tymi dwiema stylistykami, tylko jakby trzecia droga.
MS: Trzecia droga, trzeci wymiar. Teksty napisał znakomity poeta, Jacek Podsiadło. Z tego jesteśmy dumni, bo na początku chcieliśmy przy tym koncepcie założyć bardzo pozytywne przesłanie, w przeciwieństwie trochę do płyty pierwszej i drugiej. Odnaleźć w sobie ten pierwiastek pozytywny, taki konstruktywny i duchowy również. I długo szukaliśmy wśród poetów, bardzo różnych. No i przyszedł nam z pomocą Jacek Podsiadło. Zapoznaliśmy go z pewnymi impresjami, inspiracjami, jakie widzielibyśmy w ramach tego projektu. Od przekazów odnoszących się do sfery ducha, poprzez naturalnie tę materię wolnościową, dla nas fundamentalną. Znakomicie sprostał temu zadaniu, wiele tekstów będzie bardzo mocnych. To powinno wzbudzić ferment i dyskusję.

KK: Trzymamy kciuki w takim razie za premierę. Dziękuję za rozmowę.

Premiera wspólnej płyty grup R.U.T.A i PAPRIKA KORPS, "400 lat", odbyła się 19 października 2013 roku. Płyta dostępna jest na stronie www.karrot.pl/400lat.
Zespół R.U.T.A. z albumem „Na uschod. Wolność albo śmierć” znalazł się wśród nominowanych do nagród Songlines Music Awards w kategorii „Best Group”. Przyznawane od 2009. roku Songlines Music Awards to najbardziej prestiżowe w Europie nagrody wręczane artystom światowej sceny world music przez największy brytyjski magazyn o muzyce świata Songlines.