czwartek, 17 październik 2013

Kapela ze Wsi Warszawa

Opublikowano w Mikser
/

My dla Azjatów jesteśmy bardzo egzotycznym tworem. Stąd właśnie zawsze jesteśmy jakąś taką ciekawostką jeżeli jedziemy gdzieś na wschód

Piątkowy wieczór na krakowskim Kazimierzu. Następnego dnia Kapela ze Wsi Warszawa ma wystąpić na Rynku Głównym w ramach Festiwalu Rozstaje. Muzycy właśnie wrócili z Danii, gdzie dali koncert w ramach Aarhus Jazz Festival. Po całym dniu w podróży zmęczenie daje się we znaki, jednak Magda Sobczak-Kotnarowska i Maciek Szajkowski z chęcią odpowiadają na moje pytania, opowiadając o współpracy z zagranicznymi artystami, muzycznych podróżach po pięciu kontynentach, dekonstrukcji muzyki ludowej i tym, co daje im energię do działania.
 
Karolina Kania: Kapela Ze Wsi Warszawa w zeszłym roku obchodziła 15-lecie istnienia, wydaliście nową płytę "NORD" , a do nagrania albumu zaprosiliście zagranicznych gości (szwedzką grupę Hedningarna i Sandy Scotfield z Kanady). Jak współpracowało się z muzykami z rożnych, odmiennie kulturowo krajów?

Maciek Szajkowski: Pozornie odmiennych, łączy nas więcej niż dzieli. Bardzo dobrze nam się współpracowało. Z Sandy Scotfield spotkaliśmy się po raz pierwszy w ramach trasy w Kanadzie, w Calgary, w 2004 roku. I zachwyciłem się obecnością Indian autochtonów, „prawdziwków” na folkowych festiwalach. Dla mnie to było niesamowicie ujmujące, że ta scena pielęgnuje ludzi, których biali wybili, zniszczyli ich kulturę, wykorzenili, więc mi się wydaje, że to jest taka, szerzej patrząc, scena, która przywołuje fundamentalne wartości. Później spotkaliśmy się w Malezji dwa lata temu, na festiwalu Rainforest (Rainforest World Music Festival – przyp. red.). Tam rozmawialiśmy z Sandy dosyć długo i dowiedzieliśmy się, że Sandy nas pamięta z roku 2004 i że płyta „Wiosna Ludu” jest dla niej wyjątkowa, jedna z jej ulubionych, którą często słucha. No więc w tym momencie nie miałem wątpliwości, że warto było by ją zaprosić na naszą płytę, bo jeśli następuje taka koincydencja i takie porozumienie dusz, to należy tylko wykonać odpowiedni gest w odpowiednim czasie, żeby zaiskrzyło. No i tak się stało. Natomiast Hedningarna byli to niedoścignieni bogowie, tacy wojownicy sceny nordyckiej. Nigdy wcześniej w Polsce nie grali, pojawili się dopiero na nasze zaproszenie. I kiedy herosi przybyli nad Wisłę, godząc się na to, żeby tutaj przybyć, a wcześniej odmawiali kilkukrotnie kilku znanym festiwalom, uznaliśmy, że absolutnie trzeba to wykorzystać i nieśmiało zapytaliśmy, czy zgodziliby się wziąć udział w sesji studyjnej. No i ku naszemu zdziwieniu zgodzili się. To było dla nas niesamowite. Bardzo dobry czas i wydaje się, że pewna praca, którą zespół wykonał, przyniosła efekty.

fot.: Radek Polakfot.: Radek Polak

Magda Sobczak-Kotnarowska: Myślę, że tak naprawdę są to ludzie, którzy żyją we współczesnym świecie, który trochę jest podobny do naszego świata i te różnice kulturowe oczywiście są, ale wśród muzyków muzyka jest tak uniwersalnym językiem, że gdzieś tam te doświadczenia się splatają, pojawiają się nowe. I to jest właśnie ciekawe. Spotkaliśmy się potem z Hedningarną jeszcze drugi raz, we Francji, z wielką też radością przyjęli nasze zaproszenie, żeby wystąpić z nami na scenie.

MACIEK: I tutaj mała dygresja. Hedningarna funkcjonuje już trzydzieści lat na tej scenie muzyki etnicznej, World Music. Zaproszeni przez nas czekali do późnej nocy na nasz koncert dlatego, że to był festiwal i wiadomo jest kilka grup, które występują, jedna po drugiej, a my graliśmy na końcu. I oni zgodzili się, chociaż grali dużo wcześniej, poczekać do późnej nocy. I w finale naszego koncertu zagraliśmy brawurowo.

MAGDA: To było w Nantes. No i okazało się, o ile przed naszym pierwszym spotkaniem czuliśmy taki dystans, bo widzieliśmy się pierwszy raz, nie zdołaliśmy tak szybko przełamać lodów, tym bardziej, że oni mają swoją naturę skandynawską, to za drugim razem widać było wielką radość z tego, że mogą wyjść z nami, powariować chwilę i jakoś uwolnić się od wszelkich konwenansów. To było bardzo pozytywne. Myślę, że muzyka łączy i to są oczywiście banały, ale tak jest, myślę, że zawsze można znaleźć w muzyce inspirację i każdy muzyk w drugim coś znajdzie, jeśli chce tylko szukać.

KK: Album "NORD" inspirowany jest muzyką skandynawską. Szwecja, chociaż bliska Polsce geograficznie, jest jednak różna od naszego kraju pod względem kulturowym. Jak udało Wam się muzycznie połączyć te różne kultury?

MAGDA: Szwecja, wiadomo, miała w dawnych wiekach kontakty z Polską i duży udział w naszej kulturze. A my mieliśmy też duży udział w ich kulturze. I właśnie z Polski oni zapożyczyli tak zwane rytmy mazurkowe, u nich funkcjonuje taniec, który się nazywa polska, który też jest jakąś reminiscencją i pozostałością tego, co przywieźli właśnie z Polski. Więc ta łączność muzyczna i te światy wcale nie są takie odległe wbrew pozorom. Jak słucha się naszej muzyki ludowej i ich muzyki, to są bardzo, bardzo do siebie podobne. Czemu zresztą oni dali dowód, bo w naszej muzyce też połączyliśmy naszą kurpiowską pieśń z ich interpretacją tańca polska. Dla wszystkich to było oczywiste, że to wcale nie są takie dalekie krajobrazy muzyczne.

MACIEK: Nas fascynuje jak daleko możemy odważyć się na pewne fantazje w muzyce, na kreacje, na coś, co jest filozofią. Jak to pięknie określił Jacek Hałas, jego nie interesuje rekonstrukcja, jego interesuje konstrukcja. Nas też nie interesuje imitowanie dawnych muzyków, naśladownictwo. Nas interesuje to, co Wiesław Myśliwski wspominał w swoim pięknym eseju „Kres kultury chłopskiej”, mianowicie o śladach, które ta kultura pozostawiła i które będą niesłychanie inspirujące dla kolejnych pokoleń. My to traktujemy bardzo selektywnie i właściwie widzimy, że jest to tak ogromny amalgamat, że każdy znajdzie tutaj coś innego. Każdy tutaj może odnaleźć też cząstkę siebie i spotykając ludzi ze świata zauważamy wiele analogii, wiele takich aspektów wspólnych, to też jest niesłychanie twórcze. Myślę, że w sposób dosyć pionierski przecieramy ten szlak. Widzimy, że kolejni ludzie już śmielej i z lepszym backgroundem ten szlak też starają się przetrzeć, i to jest taka satysfakcja.

KK: Jesteście znani i doceniani za granicą. Jak Wasza muzyka odbierana jest na świecie?

MAGDA: Generalnie trzeba się nastawić na to, że odbiorcy w każdym kraju reagują inaczej i co innego, pewne gesty lub ich brak, znaczy. Zawsze się trzeba tego kodu jednak nauczyć, nawet takiego kodu koncertowego. Bo wbrew pozorom w gorącej Hiszpanii ludzie mogą stać zasłuchani i nie ruszyć ani palcem, ani nogą i będzie to wyraz tego, że im się mimo wszystko podoba. Natomiast oczywiście w Japonii uznaniem cieszą się ci wykonawcy, na których koncertach można na przykład się przespać. To znaczy, że koncert jest tak naprawdę dobry. Ludzie generalnie są bardzo ciekawi Innych. My dla Azjatów jesteśmy bardzo egzotycznym tworem. Stąd właśnie zawsze jesteśmy jakąś taką ciekawostką jeżeli jedziemy gdzieś na wschód. Natomiast na zachodzie wydaje mi się, że nawet poza sferą muzyczną jest sfera ludzka, takiej emanacji energią, którą wysyłamy do ludzi i już na poziomie nawet tej energii są jakieś porozumienia. Na przykład wczoraj (na koncercie w Danii – przyp. red.) wyszłyśmy we trzy na koncert. Jeszcze nic się nie zdążyło zadziać muzycznie, ale już mieliśmy z publicznością kontakt ponieważ długo stroiłyśmy instrumenty, chodziłyśmy po scenie po prostu błądząc wśród kabli i wszyscy mieli z tego wielką radość. Po prostu trzeba złapać z ludźmi kontakt i łapiemy go z zupełnie różnych kierunków.

MACIEK: Wydaje mi się, że istnieje pewna prawidłowość, że w rejonach świata gdzie nie dociera tak intensywnie cywilizacja, pragnienie kontaktu z muzyką czy sztuką w ogóle jest większe. Tam, gdzie tych koncertów jest po prostu mniej. I to pokazuje nasze doświadczenie. Graliśmy w Afryce Północnej, w Algierii i tam ludzie kompletnie oszaleli. Ja mówię: „słuchajcie, jest z nami Magda…” i nawet nie zdążyłem dokończyć, a tam wszyscy „Magda, Magda…!” i skandowali nasze imiona. To wynikało stąd, że koncerty odbywają się tak rzadko, że dla nich to są święta. Kiedyś, w latach 80. tak było w Polsce. Czekało się z wytęsknieniem, ci którzy kochali muzykę rockową, na Jarocin, czy na Róbrege, czy na koncerty w Remoncie, Hybrydach na które się pielgrzymowało. Niesamowite. Ale to nie jest też do końca tak, że tylko tam gdzie są, powiedzmy, koncertowe pustynie ma to miejsce, bo są też takie kraje jak Stany Zjednoczone. Bardzo ciekawe muszę powiedzieć, dlatego, że tam ludzie mają dostęp do wszystkiego, co jest na świecie. I dobre i złe. Ale istnieje gros ludzi świadomych, otwartych i poszukujących, którzy przeżywają tę muzykę tak, jakby dopiero odkryli ją po raz pierwszy. I też z takimi się zetknęliśmy. Zresztą w Stanach usłyszeliśmy dwa najpiękniejsze komplementy. Pierwszy był od prostego człowieka, który ze łzami w oczach podszedł do nas po koncercie, to był początek lat 2000 i powiedział, że on dzięki naszej muzyce zobaczył Boga. A był w kwestii transcendencji powiedzmy, wcześniej dość sceptyczny. A drugi komplement pojawił się w prasie przy okazji recenzji naszej przedostatniej płyty „Infinity”. Dziennikarz napisał, że gdyby „Infinity” powstało w roku 1939 Niemcy prawdopodobnie nie napadliby na Polskę (śmiech). To są takie wizje i takie zdania które cię zwalają z nóg. I to nadaje sens temu, co robimy, uskrzydla i daje nową energię.

fot.: Radek Polakfot.: Radek Polak

KK: Jakie jest podejście do granej przez Was muzyki w Polsce, gdzie ta tradycyjna kultura traktowana jest konserwatywnie? Czym różni się odbiór waszej muzyki w Polsce i na zachodzie Europy.

MACIEK: W Polsce jest znakomita publiczność. Publiczność, która niekoniecznie fascynuje się muzyką tradycyjną, słucha Kapeli. Po prostu publiczność, która docenia żywą muzykę. Albo w ogóle lubi muzykę, niebanalną, eksperymentalną, poszukującą – to ci ludzie przychodzą na nasze koncerty. Ludzie, którzy na co dzień słuchają jazzu, klasyki, rocka, reggae, muzyki klubowej, a nawet hip-hopu. Wydaje mi się, że w ramach tej sceny folkowej myśmy już właściwie poznali wszystkich i ze wszystkimi się zaprzyjaźniliśmy, i oczywiście w jakiś sposób tworzymy fundamenty tej sceny, mogę śmiało powiedzieć, może nieco bałwochwalczo, ale coś w tym jest. Ludzie, którzy w tej scenie siedzą, są nam po prostu szczerze wdzięczni. Z drugiej strony widzimy, że ta muzyka wymyka się pewnym schematom i to jest piękne. O to właściwie nam zawsze chodziło, żeby wyjść z pozornie trudnego tematu, niezrozumiałego, nieistniejącego gdzieś w jakieś przestrzeni, w jakimś obiegu, tak jak to było jeszcze 10-15 lat temu z muzyką folkową w Polsce, a jednocześnie zainteresować i zainspirować tym ludzi, którzy wcześniej tego nie słyszeli. I wydaje mi się, że tutaj to jest nie do przecenienia i jeśli mówimy dzisiaj o tzw. scenie folkowej, wiadomo Osjan, Kwartet Jorgi, Open Folk, Orkiestra p. w. św. Mikołaja, od której zaczyna się cała ta bajka, to warto przywołać Kapelę dlatego, że Kapeli udało się wynieść tę formę, te narracje i te wibracje gdzieś poza to środowisko. Ponieważ wyznajemy idee wolnościowe, liberalne, bardzo otwarte, wręcz anarchistyczne w sztuce, nie zawsze przez wszystkich jesteśmy tolerowani i lubiani. Mamy tego pełną świadomość, bo istnieją pewne osoby o myśleniu „koszarowym”, o podejściu do sztuki na zasadzie takiego precyzyjnie opracowanego schematu, kanonu, którego absolutnie nie można w żaden sposób zmieniać. Jest to bardzo często kanon, który oni sami imaginują sobie, narzucają, który jest kulą u nogi, ciasnym gorsetem, samowolnym ograniczeniem. Zdarza się, że poprzez pewne kalki, klisze mentalne tworzą świat, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, ale jest pewnym wyobrażeniem i postrzeganiem tego, pewnym ich pobożnym życzeniem, że chcieliby, żeby tak było, a nie jest. Mówię to na przykład na podstawie festiwalu w Kazimierzu, którego bacznym obserwatorem byłem w latach 90.. Uczestnicząc w festiwalu co roku widziałem pewien rozdźwięk pomiędzy tym, co chcieliby muzykanci czy artyści ludowi tam przyjeżdżający zaprezentować, a wymaganiami, które narzucane są ze strony jury dotyczące na przykład stroju czy regionalnego repertuaru muzycznego. Mówię o takim dysonansie. Inteligencja miejska, uniwersytecka wyobraża sobie albo chciałaby, żeby ten świat dawnej kultury, rytuałów, świat rządzący się plemiennymi zasadami wyglądał tak, jak oni chcieliby go opisać, czy tak jak oni go opisali. Możemy się zgadzać, co do pewnych mianowników i współrzędnych, które ten świat opisują, ale jeśli wnikniemy w niego głębiej, to okazuje się, że ma on wiele oblicz. Tego się nie da tak przełożyć, tam istnieją półcienie, wielowymiarowość i wtedy zaczynają się schody. W związku z tym my w tym co robi Kapela prezentujemy wyobrażenie przefiltrowane bardzo mocno przez naszą percepcję, serducho, naszą wrażliwość. Nie twierdzimy, że jest to muzyka ludowa, wręcz podkreślamy, że to jej autorska, szalona, awangardowa interpretacja. Hardcory z obory. Osobista opowieść oparta o korzenną kosmologię. Terminologia zresztą nie ma tu znaczenia. Ale chcielibyśmy poprzez nakreślenie tych współrzędnych zaprosić słuchacza do poznania tego świata, do zapoznania się z tą mitologią, z tą niesamowitą kulturą.

KK: W Polsce muzyka ludowa, folkowa jeszcze do niedawna sprowadzana była do poziomu festynów, a wielu ludzi zatrzymałoby ją w skansenie. Czy przez te 15 lat istnienia na polskiej scenie muzycznej zauważyliście zmiany w percepcji muzyki, którą gracie?

MACIEK: Jako najstarszy, weteran już w tym zespole myślę, że ta zmiana jest ogromna. Ona jest totalna i nie do przecenienia, dlatego, że jak zaczynaliśmy, to była nas garstka. Pamiętam pierwszych polskich folkowców. Nie myślę tutaj tylko o hipisach, z których ta scena się wywodzi, Milo Kurtisie, Jacku Ostaszewskim, Marku Jackowskim i zespole Osjan czy pionierze Antonim Kani z Syrbaków. Myślę już o latach 90. kiedy konstytuowała się ta scena, a nie tylko środowisko. O Festiwalu Mikołajki Folkowe, o Orkiestrze p. w. św. Mikołaja, konkursie Scena Otwarta, Chatce Żaka. Naprawdę była nas garstka. To było w skali kraju około stu osób. Były cztery festiwale, kilkanaście zespołów i myśmy na nie jeździli, w takich konstelacjach, że część publiczności nagle wchodziła na scenę i to był zespół. A ci co wcześniej grali schodzili pod scenę i tworzyli publiczność. To była taka trochę sztuka dla sztuki. Ludzie ci odkryli swoją enklawę, to była forma ucieczki. Teraz jest kilkadziesiąt festiwali bardzo poważnych: Ethno Port, Skrzyżowanie Kultur, Rozstaje – to są tysiące ludzi.

MAGDA: My jako zespół możemy powiedzieć, że nagle zawitaliśmy w progi, na których nie spodziewaliśmy się grać, na przykład na Openerze, czy na Męskim Graniu, gdzie ta muzyka zaczyna funkcjonować. Nasza muzyka weszła w inny obieg.

MACIEK: Muzyka wyszła z jej małego interioru. I zaistniała w innych przestrzeniach. To niesamowite. Pamiętam jak często muzykanci mówili, że ich marzeniem jest by ta muzyka trafiała do ludzi, żeby chcieli jej słuchać. A prawda jest taka, że była odrzucana nie tylko przez ich społeczności, zwłaszcza jak pojawiło się disco polo, ale nawet przez ich własne rodziny.

MAGDA: Ludzie się pytają, co za tym pójdzie, czy to przetrze ścieżkę innym zespołom. Ale w zasadzie trudno to orzec. My na razie wydeptujemy taki szlak, którym jeszcze nikt nie szedł.

MACIEK: Jedynym zespołem, który rzeczywiście wyemigrował z Polski był Osjan, który w świecie w latach 70. i 80. już przecierał ten szlak w ramach festiwali hipisowskich, folkowych i jazzowych, czy awangardowych. Ale to były inne czasy, inna epoka, trochę też jednak inna muzyka, improwizowana, odwołująca się do Orientu. Później Kroke w latach 90., ale też z inną muzyką...Zmiana o którą pytasz, dokonała się przede wszystkim w relacji źródło-twórca a odbiorca. Muzyka folkowa reinterpretująca muzykę wiejską zrodziła się w miastach, przede wszystkim w ośrodkach akademickich – Lublinie, Wrocławiu, Krakowie, Warszawie, Poznaniu. Tworzona głównie przez studentów trafiała do ludzi z miast i tam była grana. Na wsi dominowała już inna muzyka – disco polo. Dawna kultura chłopska szybko przeobrażała się w jakąś hybrydę. To paradoks, ale wyparcie przez wieś dawnej muzyki i niezależnie afirmacja jej w mieście zmieniły radykalnie jej kontekst. Powrót tej kultury w wersji „in crudo” z powrotem na wieś, czyniony wysiłkiem i etnograficzną pracą paru środowisk miejskich, staje się już procesem sztucznym. Ale to nie tylko w Polsce. Na Zachodzie już w latach 60. istniał ruch hipisowski w ramach tzw. green wave, próbujący zaszczepić i rewitalizować dawne kultury w ich naturalnym środowisku. Z tego m.in. zrodziła się scena folkowa, a następnie world music, a świat stał sie globalną wioską...

KK: Wielokrotnie w wywiadach mówiliście o załamaniu edukacji muzycznej w Polsce. Czy myślicie, że jest szansa aby zmienić świadomość i poczucie muzyki etnicznej i folkowej?

MACIEK: Wydaje mi się, że doszło do głosu pokolenie, które uczyło się tego w sposób niezależny, pozytywistyczny, oddolny, a teraz ma mniejszy bądź większy wpływ na tą rzeczywistość. Wierzę w taką pracę organiczną, że możemy zmieniać rzeczywistość tworząc oddolne inicjatywy i my to robimy, jesteśmy tego przykładem. Na małą skalę może, ale jeśli zmieniasz siebie, to zmieniasz cały świat wokół siebie i to jest piękne. Magda na przykład została nauczycielką, instruktorką, prowadzi duży zespół folklorystyczny. Powstało wiele fenomenalnych inicjatyw, np. "Folkowisko" w Gorajcu na Roztoczu. Są festiwale, stowarzyszenia, wydawnictwa. Byliśmy pesymistami przez lata w zderzeniu z syndromem „mentalnego kartofla”, inżyniera Mamonia, ale udało się pewne rzeczy wypracować, przede wszystkim w sobie. Ja nabrałem optymizmu (śmiech).

KK: W aranżacjach utworów, które gracie wykorzystujecie akustyczne instrumenty, śpiew białym głosem, ale także transową rytmikę, łącząc tradycję z nowoczesnością. Co inspiruje was przy opracowywaniu tych aranżacji?

MAGDA: Ta muzyka przechodzi przez nas samych i my jesteśmy tym filtrem.

MACIEK: Słuchamy bardzo różnej muzyki i staramy się w każdej formie dostrzec coś, co byłoby ciekawe, inspirujące. Nie dzielimy muzyki na kategorie. To nie są zawody sportowe. Muzyka to nie sto metrów przez płotki. Nie staramy się jej formalizować w żaden sposób. Jest dobra lub zła. Jak sobie jedziemy gdzieś w dalszą podróż rzadko razem słuchamy muzyki, bo mamy tak różne podejścia i gusta, że trudno o zadowolenie wszystkich. De gustibus non est disputandum. Ale w podgrupach już tak. Staramy się jednym słowem dzielić muzykę na taką która ma energię, która ciebie w jakiś sposób dotyka i coś wnosi, uszlachetnia, uskrzydla, inspiruje albo powoduje konsternację. Hindusi dzielą muzykę na tę oddziałującą na ducha i na ciało. Muzyka może być wielowymiarowa i w sposób wręcz namacalny może te wymiary w tobie odkrywać. To nas utrzymuje przy życiu, powoduje, że chce nam się grać.

KK: W tym roku po raz pierwszy bierzecie udział w trasie koncertowej Męskie Granie. Co sądzicie o takim wielowątkowym, pod względem muzycznym, projekcie?

MACIEK: Mam ogromny szacunek po pierwsze, że udało się taką imprezę stworzyć, bo jednak jest to w dużej części zasługa Wojtka Waglewskiego, który oparł ideę festiwalu o projekt alternatywny, offowy. I to się udało, bo przychodzi na to masowa publiczność. To sukces, że ci ludzi dostrzegli, że w ramach takiego festiwalu zawsze ktoś znajdzie coś interesującego dla siebie. I to jest świetne, bo pokazuje się bardzo różnych muzyków. Druga kwestia jest taka, że poznałem Katarzynę Nosowską, O.ST.Rego, Michała Urbaniaka, Mazolla i innych. To było przesympatyczne spotkanie, wspaniali ludzie.

KK: Żyjecie na walizkach. Przed wami pracowite wakacje, koncerty nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Czy oprócz tras koncertowych macie jeszcze jakieś muzyczne plany na najbliższe miesiące?

MAGDA: Właśnie jesteśmy po koncercie „Wschód Kultury” z Filharmonią Podlaską. Z końcem września wystąpilismy z filharmonikami. Już zrobiliśmy z nimi jeden projekt (w czerwcu 2012 roku Kapela wystąpiła na specjalnym koncercie w Białymstoku z Orkiestrą Opery i Filharmonii Podlaskiej – przyp. red.).
Do udziału w projekcie "Przekroczyć Granice" zaprosiliśmy ponadto niezwykłych gości: wybitnego śpiewaka Grzegorza Szostaka (bas klasyczny) oraz Marcina Lićwinko, śpiewaka tradycyjnego, przyjaciela Kapeli ze Wsi Warszawa, wieloletniego opiekuna Zespołu Śpiewaczego Lipsk – gościa Kapeli na płycie „Wykorzenienie”. Na program koncertu złożyły się w większości nowe kompozycje, bazujące na słowach i melodiach podlaskich pieśni i tańców ludowych, uzupełnione o kilka utworów z poprzednich płyt Kapeli ze Wsi Warszawa, przygotowanych w nowych aranżacjach na Kapelę i orkiestrę symfoniczną. Współautorką orkiestracji, aranżacji i kompozycji jest warszawska kompozytorka Anna Ignatowicz-Glińska, a połączone siły Orkiestry i KzWW poprowadził dyrygent Grzegorz Berniak.

MACIEK: Wychodzimy z takiego założenia, że najlepsze plany to jest Carpe Diem, Panta Rhei (śmiech). Trudno jest tak wybiegać w przyszłość, ale przez całe lata sprawdziła się zasada, że nie planujemy tylko realizujemy to, co w danej chwili nas inspiruje. Tam, gdzie dostawaliśmy zaproszenia, oczywiście jeśli nie były to jakieś projekty kompletnie wyssane z palca, to realizując je też mieliśmy dużo satysfakcji. Dlatego, że uczymy się całe życie, chcielibyśmy to kontynuować. Tutaj mógłbym na przykład wymienić musical, który zrobiliśmy we Wrocławiu – pierwszy taki nasz kontakt z teatrem muzycznym Capitol „Muzykanty Wielkiego Pola” na zaproszenie Ceziego Studniaka. Później w ubiegłym roku realizowaliśmy w Nowym Roku z Andy Teirsteinem projekt „A blessing on the moon" z muzykami operowymi, współpracującymi z Broadwayem. Niesamowity czas. Współpracowaliśmy z Jackiem Wallem przy nagrywaniu muzyki do gry komputerowej „Myst IV”. To są niesamowite wyzwania. Ludzie którzy zajmują się muzyką bądź sztuką wiedzą jak na wielu poziomach przenikają się sfery i taka aktywność. To jest piękne. Jesteśmy wdzięczni.

KK: W listopadzie i grudniu zagracie dziewięć koncertów we Francji. Wielokrotnie występowaliście już w tym kraju. Jak byliście przyjmowani przez francuską publiczność? Czy macie jakieś szczególne wspomnienia z występów w tym kraju?
Francje polubiliśmy z wielu powodów pozamuzycznych:) (kuchnia, wino, sztuka, film, teatr, historia, etc.) jak i stricte muzycznych. Tutejsza publika jest inna, wymagająca, zorientowana na wszelkie emanacje kultury francuskiej, w ich rozumieniu najbardziej europejskiej. I wielce ciekawa muzyki z Polski, kraju darzonego przez Francuzuów estymą, co daje się szybko zauważyć. Tutejsza scena muzyczna jest chyba najbardziej różnorodna w Europie. Funkcjonuje  mnóstwo fantastycznych zespołów, z wielu scen od undergroundu, reggae, jazzu, hip hopu po etno z Afryki i Bliskiego Wschodu. Tradycyjna muzyka czy to francuska czy bretońska ma szczególną siłę, jest obecna w mediach i na wielu festiwalach, Zresztą Francuzi mają chyba najwięcej festiwali na świecie i tak różnorodnych, że głowa boli. Warto dodać, że ludzie kultury są cenieni i państwo dba o nich szczególnie.   

KK: Dziękuję za rozmowę.