wtorek, 27 marzec 2012

Graffiti – symboliczna wojna o przestrzeń

Opublikowano w Artykuły
/

Adept graffiti powinien tworzyć w miejscach trudnych ze względu na obecność ludzi lub ryzyko spotkania z policją

Posługując się nazwą ‘graffiti’ w dyskursie antropologicznym, mamy na myśli pewne treści umieszczone przez anonimowych ludzi w przestrzeni publicznej. Jest to dość ogólne pojmowanie tego zjawiska, które po wnikliwym przyjrzeniu się, jest o wiele bardziej złożone, niż mogło się to początkowo wydawać. Trudno porównywać napis „Kocham Jolkę” na ławce w parku z precyzyjnie wykonanym szablonem, który niesie za sobą pewną ideologię i wartości artystyczne. Jeszcze inną formą grafficiarskiej ekspresji są tzw. „wrzuty”, „tagi” i inne wytwory artystów ulicy. To one oraz związane z nimi szerokie tło kulturowe, będą przedmiotem refleksji w tej pracy.

Graffiti - symboliczna wojna o przestrzeńKlasyczny „wrzut” i jego podstawowe elementy (tag: SHOE): 1 – Outline (obrys),2 – Wypełka, 3 – Inline, 4 – Finishline, 5 – Tło, bąble, 6 – Tag swojego „crew”, 7 – Cień źródło ilustracji

Już na wstępie oddzielono wytwory kręgu „writerów” (z ang. writer - pisarz, tutaj chodzi o twórcę graffiti) od mniej lub bardziej przypadkowych aktów twórczości, z którymi mamy do czynienia podczas miejskich spacerów. Każdy członek „crew” (z ang. załoga), czyli zorganizowanej grupy zajmującej się tworzeniem graffiti, powinien posiadać swoje przybrane imię. Wybór imienia jest ważną, ale niewiążącą decyzją. Podobnie jak chrześcijański chrzest. Związane jest to z tym, że odkąd adept sztuki malowania murów posiada swoje imię, zaczyna pracować na własny „fame” (z ang. sława) – jest rozpoznawany pod konkretną nazwą. Zdobycie wysokiego statusu w tym środowisku może wiązać się z założeniem własnej grupy lub przyłączeniem się do silniejszego „crew”. Warto trzymać się jednego imienia. Przy jego wyborze kieruje się głównie efektownym brzmieniem i doborem liter. Imię zwykle nie posiada głębszego sensu, pełni ono jedynie funkcję podpisu. Każdy grafficiarz posiada swoje ulubione litery. Zdarza się, że początkujący malarze mają problem z niektórymi literami, zwłaszcza z tymi, które są bardziej skomplikowane przy tworzeniu „wrzuta”, np. litery „zawijane”: S i Z. Wtedy też zwykle unikają tych liter przy tworzeniu swojego „taga”. Często zaawansowanym artystom nudzą się wcześniejsze podpisy (chodzi głównie o litery) i przybierają kolejne imiona, nie rezygnując przy tym z poprzednich. Powszechnym zjawiskiem jest dopisywanie do swojego „taga” końcówki „one” (z ang. jeden), np. RUN + ONE = RUNONE. W ten sposób artysta wyraża swoją wyjątkowość. „Jestem jedyny w swoim rodzaju i tag RUN należy tylko do mnie! Niech nikt nie próbuje się w ten sposób podpisywać!”. Gdy adept graffiti posiada już swojego „taga”, powinien teraz dużo projektować, aby dojść do wprawy. Poprzez regularne ćwiczenia na kartce zapamiętuje poszczególne projekty. Jest to istotna sprawa. Jeśli chce zyskać pozycję, powinien tworzyć w miejscach trudnych ze względu na obecność ludzi lub ryzyko spotkania z policją. Im trudniejsze i bardziej publiczne miejsce wybierze, tym większy „fame” w środowisku „writerów” zyska nasz adept. Możliwe jest to tylko wtedy, gdy przyszłe dzieło znajduje się w całości w umyśle malarza, aby w każdym momencie mogło zostać szybko wykonane. Do tego jednak długa droga. Na początku należy wybrać farbę. Ta z pozoru nieistotna czynność może bardzo mocno wpłynąć na odbiór przyszłego artysty w świecie graffiti. Istnieje szereg marek spray’ów, z których tylko nieliczne przeznaczone są do tworzenia „wrzutów” np. Montana. Oczywiście członkowie tej subkultury, potrafią bezbłędnie rozszyfrować, jakiej jakości jest farba za pomocą, której stworzono dzieło. Jeśli adept użyje przykładowo spray’u marki DecoLack (można ją nabyć w sklepach z akcesoriami do samochodów), musi się liczyć z ryzykiem wyśmiania i zarzutem amatorszczyzny.

Kolejnym etapem jest wybór miejsca, gdzie powstanie „wrzut”. Jak już wspomniano, szczególnie ceni się przestrzenie publiczne. Im bliżej centrum miasta, tym lepiej. Istnieje jednakże pewien niepisany kodeks, który mówi, iż nie należy malować kościołów oraz zabytków. Każdy, kto złamie tą zasadę, może spotkać się z potępieniem – nie tylko ze strony ludzi postronnych. Początkujący grafficiarz szuka raczej miejsc ustronnych np. opuszczonych budynków czy fabryk. Gdy jego umiejętności już okrzepną, nadchodzi czas, by pochwalić się nimi w „świecie farby”. Dobrym miejscem na debiut jest tzw. „linia”, czyli przestrzeń wzdłuż linii kolejowej (czasami autobusowej lub tramwajowej). Odbiorcami tych prac są ludzie podróżujący pociągami lub innymi środkami transportu. Najczęściej nie posiadają oni odpowiednich kompetencji do odbioru tych dzieł. Ludziom z poza środowiska graffiti podobają się zwykle kolorowe prace, które niekoniecznie muszą wzbudzać szacunek u samych malarzy. Wszystko inne jednoznacznie kojarzą z aktami wandalizmu. W graffiti ceni się szczególnie styl liter, w dalszej kolejności „wypełkę”, czyli sposób, w jaki litery zostały pokolorowane. Zawsze czyni się to przez pryzmat miejsca, w którym dany „wrzut” powstał. Generalnie panuje zasada: im „trudniejsze” miejsce, tym prostszy styl i sposób wypełnienia liter. Każdy amator graffiti zawsze patrzy na dane dzieło z tej perspektywy.


Ostatecznym stopniem wtajemniczenia „writera” jest malowanie „paneli”, czyli graffiti na pociągach lub metrze.

Jeśli nasz adept namaluje słabe graffiti, musi się liczyć z tym, że starsi koledzy po fachu „przejadą” jego dzieło, czyli po prostu namalują na nim innego „wrzuta” lub, co gorsza, tylko na nim „zatagują”. Jednak największą obelgą jest pozostawienie na pracy napisu „toy” (z ang. zabawka). Jest to jednoznaczny przekaz: „Nie zasługujesz na miano grafficiarza. To dla ciebie jedynie sezonowa moda! Traktujesz to jak zabawę, a nie życiową pasję!”. O ile takie zachowanie jest uzasadnione względem niedoskonałych dzieł młodocianych malarzy, to jeśli na pracy uznanego artysty znajdzie się napis „toy”, może się to wiązać ze śledztwem w tym środowisku i w następstwie wykluczeniem z niego winnej osoby. Gdy jeden z dwóch konkurujących ze sobą równorzędnych malarzy, „zataguje” na pracy drugiego, kończy się to zwykle dużym konfliktem. Istnieją dwa sposoby rozwiązania takiego konfliktu. Pierwszy z nich to użycie siły, a więc zwykła bójka. Zdarza się to jedynie, gdy sytuacja jest już bardzo napięta. Bywa, że biją się między sobą całe „crew”. Subkultura ta wykształciła jednak również bardziej cywilizowane środki wyznaczania sprawiedliwości. Zwaśnione osoby umawiają się na pojedynek na farby. Każda ze stron zakupuje wcześniej ustalone kolory spray’ów i spotyka się w umówionym punkcie (często jest to spokojne miejsce, takie jak „linia”). W trakcie ustalonego czasu (zwykle około 1 godziny) malarze tworzą swoje „wrzuty”. Po upływie tego czasu dzieła ocenia niezależna komisja. Wygrywa lepsza praca. Przegrany musi wywiązać się z wcześniej zawiązanej umowy tj. kupić wygranemu farby, alkohol lub zniknąć ze swoją twórczością z konkretnego terenu. Jeśli nie spełni obietnicy, zostanie automatycznie zmarginalizowany.

Skoro grafficiarz przeszedł już chrzest „na linii”, może przystąpić do „bombingu” (z ang. bombardować). Bombing trwa dopóki gwiazdy nie zgasną, śpiewa katowicka grupa hiphopowa TeWu, powiązana z „crew” o tej samej nazwie. „Bombing” jest to znaczenie terenu przy pomocy „tagów” oraz robienie szybkich „wrzutów” na mieście, czyli tzw. „sreber”. Każda grupa działa na pewnym obszarze, a po ilości „tagów” i „sreber” można rozpoznać, że członkowie danego ”crew” wywodzą się z okolicy. Są też miejsca, gdzie różne grupy ścierają się ze sobą. Do takich miejsc można zaliczyć centrum miasta, okolice dworca PKP oraz „linie”. W „bombingu” nie ma miejsca na piękno. Liczy się przede wszystkim „destroy” (z ang. niszczyć). Mimo, że „tagi” są często bardzo finezyjne i dopracowane, to stawia się w tym wypadku na ilość. Ważna jest też ich wielkość. Przy nocnym „bombingu” często używa się specjalnych srebrnych spray’ów marki Molotov, które posiadają większe ciśnienie i są wyposażone w końcówkę typu „fat” (z ang. gruby), co pozwala osiągać „tagi” monumentalnych rozmiarów. Taki dwumetrowy podpis jest powodem do dumy. Grupa posiadająca najwięcej podpisów oraz „wrzutów” w mieście jest dominująca i przysługuje jej przyrostek KING (z ang. król), np. FB + KING = FBKING. Jako, że wiele grup pretenduje do miana najlepszych, a nie wszystkie mogą używać przyrostka KING, to powstaje szereg nowych przyrostków takich jak np. MASTAS lub VIPS. O ile imiona malarzy nie mają zwykle znaczenia, to nazwy „crew” są najczęściej skrótem jakiejś dłuższej frazy, np. rozwinięcie FB, to Fuck Buff („buff” to w żargonie grafficiarskim miejsce, gdzie usuwa się „wrzuty” z pociągów, „fuck” znaczy jebać, więc cała nazwa jest wyrazem niechęci do działań podejmowanych przez PKP).

Ostatecznym stopniem wtajemniczenia „writera” jest malowanie „paneli”, czyli graffiti na pociągach lub metrze. Z oczywistych względów jest to najtrudniejsze zadanie do zrobienia. Żeby tego dokonać, należy udać się na „jard”, czyli miejsce, gdzie znajduje się tabor kolejowy lub wagony metra. Najczęściej pociągi ulokowane są w niedalekiej odległości od stacji kolejowej, a strzegą ich znienawidzeni przez malarzy sokiści. Cała trudność polega na wybraniu odpowiedniego momentu (np. gdy sokiści śpią albo mają zmianę) na wykonanie „panela”. Trzeba mieć również zaufaną osobę „na obczajkę”, czyli kogoś kto ostrzeże w razie ewentualnego zagrożenia. Taka „akcja” (w żargonie „writerów” słowem „akcja” określa się każde działanie związane z graffiti) to niewątpliwie potężny zastrzyk adrenaliny, od której można się uzależnić. „Panel” jest to dokładnie rzecz biorąc „wrzut” od drzwi do drzwi, często wchodzący na powierzchnię okien wagonu. Jeśli „panel” wyjedzie w trasę – jest to powód do dumy dla każdego „writera”. Najambitniejsi „writerzy” nie zadowalają się jednak pojedynczymi „panelami”. Kolejnym etapem w karierze malarza jest zrobienie „entłenta” (z ang. end to end – od końca do końca), czyli graffiti na długość całego wagonu do wysokości szyb. Większy od „entłenta” jest „holkar” (z ang. whole car), czyli „wrzut” na całej powierzchni wagonu. Szczytem marzeń jest natomiast „holtrejn” (z ang. whole train), czyli pokrycie farbą całego pociągu z jednej strony. Tylko nieliczni dochodzą do tego poziomu.

Mimo rozwoju legalnego, komercyjnego graffiti, które niejednokrotnie jest na bardzo wysokim poziomie artystycznym, wciąż większym szacunkiem darzy się w tym szczelnie zamkniętym środowisku „hardkorowych writerów”. To oni stanowią esencję tej subkultury. Dla jednych są idolami, dla innych wandalami. Dlaczego tak jest? Ludzie w Polsce wyobrażają sobie swoje miasto marzeń jako idealny kosmos, gdzie wszystko jest „od linijki”, ściany są gładkie i jednolite. Wszelkie przejawy artyzmu w przestrzeni powinny się mieścić w normach, które zostały zaakceptowane przez większość. Panuje w ludzkich umysłach przekonanie, iż estetyka jest wartością uniwersalną, co nie do końca zgadza się z rzeczywistością. Niemniej jednak, na tą harmonijną glebę, już od kilku dekad siane jest ziarno chaosu, którym jest graffiti w swojej nielegalnej postaci.

W subkulturze graffiti to wybór przestrzeni, forma ekspresji oraz ilość dzieł stanowią jasny komunikat dla odbiorców owej twórczości. Komunikat dotyczący umiejętności oraz pozycji danego artysty w tym świecie. Tylko dla wtajemniczonych. Dla ogromnej większości są to „paskudne bazgroły”.